2008-07-01 17:57:13 >>

9.



*     
  
   Cicero leżał, ciężko dysząc.          
   Karaima zaklęła w duchu, odwracając wzrok. Nie przyznawała się do tego, nawet sama przed sobą, ale bała się śmiertelnie. Wiedziała, że jej przywódcę czeka śmierć, paskudna śmierć z wycieńczenia i upływu krwi. Zastanawiała się, czy nie skrócić jego agonii jednym celnym strzałem w skroń. Wiedziała też, że po Cicero to ona przejmie przywództwo. A tego bała się jeszcze bardziej. Obcy był jej idealizm Cicero, ona była człowiekiem czynu, żołnierzem i szpiegiem, Nosicielką, która wykonywała cudze rozkazy, ponieważ w nie wierzyła. Znała swoje możliwości intelektualne, ale nigdy nie otrzymała edukacji wyższej ponad to, czego nauczyło ją wojsko, ośrodki szkoleniowe dla Nosicieli i Cicero. To i tak było sporo, miała szerokie spojrzenie na obecną sytuację polityczno-społeczną i ekonomiczną. Ale była realistką, sceptycznie nastawioną do idealizmu, jaki reprezentował jej przywódca. Zdawała sobie sprawę, że rozsądniej będzie zawrzeć porozumienie z Federacją Wolnych Miast, miała też świadomość, że to porozumienie dla organizacji nacjonalistycznych będzie wielce niekorzystne, że pozwolą im na kultywowanie języków narodowych czy obchodzenie świąt niepodległości. I że, tak naprawdę, mało kto do nich dołączy. Tradycja już dawno przestała być atrakcyjnym hasłem, skoro musiała się równać z wyrzeczeniami i poświęceniem.
- Karaima? – Głos Ened odbił się echem w labiryncie kanałów.
- Tu!- Syknęła, zapalając flarę, by nie dali się zmylić pogłosowi rur.          
   Wyglądali upiornie w zimnym świetle flar-brudni i spoceni. 
         
   Karaima uśmiechnęła się.
- Wyglądacie jak rasowa partyzantka- parsknęli śmiechem w odpowiedzi.          
   Ened usiadła na ziemi i wydobyła zza pazuchy kilka zawiniątek.
- Mamy trochę żarcia. Zwinęłam po drodze.          
   Karaima wytrzeszczyła oczy.
- Tak, to są zapasy żywnościowe oddziałów Walczących.          
   
Matthieu złowił spojrzenie Karaimy i potrząsnął głową z pewnym rozbawieniem.
- Ened natknęła się po drodze na starą znajomą. No, a potem…
- Ścigali was- dokończyła Karaima, żując suszone mięso- Ilu zabiliście?         
   Enedtinco wzruszyła ramiona i odgarnęła włosy z twarzy, wiążąc je w ciasny węzeł.
-Kilkunastu. Nie mogliśmy zostawić świadków, nie?         
   Karaima potrząsnęła głową, nie wierząc własnym uszom.
- A broń?         
   Matthieu rozchylił poły płaszcza, prezentując cały arsenał praktycznej, lekkiej broni.
Ened zmrużyła oczy i uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, jaki wywołał Matthieu.
- Szybko się uczę, Karaimo. Jak mogłaś o tym zapomnieć?         
   Karaima skinęła głową, na znak, że pamięta. 
         
   Cicero kaszlnął. Cała trójka podskoczyła.
- Co z nim zrobimy?- Spytał Matthieu, jego głos wyrażał zaniepokojenie.
- Jeszcze nie wiem. Na razie zjedzmy.          
   Usiedli, podzielili dzienne racje dla każdego, uwzględniając Cicero. Po krótkiej naradzie zdecydowali się przespać na miejscu, niedługo, kilka godzin. Póki co, pościg był daleko.

*
  
   Neyla Werring wydała z siebie wściekły ryk ranionego zwierzęcia.          
   Carnivean odwrócił wzrok i zapalił papierosa. 
         
   Przed nim leżał Vince Borrath, rozsieczony mieczem.
-Larhensen…-wydyszała, trzymając głowę komendanta w swoich dłoniach- Dopadnę cię, Larhensen…         
   Usłyszeli kolejny krzyk.          
         
   Astaret biegł, niosąc bezwładne ciało w ramionach. Ciało Vernine La Strra. 
         
   Neyla Werring zmełła w ustach przekleństwo. 
         
   Carnivean pochylił kędzierzawą głowę, patrząc w martwe oczy Vernine. Wzbierała w nim bezsilność. Widok niewstydzącego się własnych łez Astareta, niemal oszalałej z rozpaczy Neyli, a przede wszystkim martwej Vernine, był nie do zniesienia. Tylko Oeillet stał spokojnie, bawiąc się swoim mieczem i zaciągając się papierosem.
- I co teraz?- Zapytał półgłosem Carnivean.
- Czekamy na rozkazy- wzruszył ramionami Oeillet.
- Tak po prostu? Vernine nie żyje! Komendant…
- Carnivean, stary, co możesz innego zrobić?- Oeillet wyrzucił niedopałek, strzelając palcami- Jesteśmy pieprzonymi najemnikami. Nikt nas nie pyta o zdanie.          
   Carnivean patrzył, jak przyjaciel podchodzi do krawędzi budynku, kuca i patrzy w dół.
- Masz rację, Oeillet- szepnął- Masz rację. Pieprzony najemnik. I tyle.  

*


   W kanałach panowały zimno i smród. Cicero odetchnął ciężko, wypuszczając z ust kłąb pary i dymu z cygara. Zatupał, podskoczył, ale nadal czuł rozprzestrzeniający się po ciele, irytujący chłód. Enedtinco również się wzdrygnęła, ale bardziej z obrzydzenia niż z zimna. - Wybaczcie- powiedział chrapliwie Cicero.          
   Karaima zignorowała go, popychając Ened i Matthieu ku labiryntom kanałów. 
         
   
Cicero powlókł się za nimi, rzężąc i kaszląc.
         
   Enedtinco zatrzymała się, i nie widząc, dlaczego właściwie to robi, podbiegła do słaniającego się mężczyzny, pozwalając mu wesprzeć się na jej ramieniu.
         
   Szli w wilgotnym mroku, klucząc w zimnych korytarzach. 
         
   Po paru godzinach Cicero upadł po raz pierwszy. 
         
   Ened otarła pot z czoła i dźwignęła mężczyznę, nie bez wysiłku.
Cicero zacharczał, ale wstał.          
   Szli krócej niż godzinę, a on upadł ponownie.
- Ened…- wyrzęził. Jego chrapliwy oddech odbijał się echem w kanałach- Ja dalej…
- Szybciej tam!- Ostry głos Karaimy rozdarł ciszę.          
   
Enedtinco wstała Enedtinco podeszła do kobiety.
- Zostanę tu z nim- powiedziała stanowczo- Jeśli musimy go zostawić, to ja… Ja z nim zostanę.          
   Oczy Karaimy błysnęły.
- Wiedziałam, że odwagi i brawury ci nie brakuje- odparła, niespodziewanie łagodnie- Ale, że jesteś szalona, to się nie spodziewałam.
- Jeśli stracimy ciebie, stracimy wszystko- powiedział Cicero z wysiłkiem, siadając.          
   Matthieu nie odezwał się, choć Ened posłała mu błagalne spojrzenie. 
         
   Karaima stała nieruchomo, na szeroko rozstawionych nogach, nasłuchując. 
         
   W kanałach panowała martwa cisza. 
         
   Westchnęła, odgarniając włosy z twarzy.
- Możemy tu zostać na jakiś czas- powiedziała Karaima w końcu, z rezygnacją w głosie. 

  *     
   
   Enedtinco obudziła się, tłumiąc własny krzyk.          
   W kanałach było tak cicho, że słyszała swój przyspieszony, płytki oddech, odbijający się echem w rurach. 
         
   Cicero zacharczał i poruszył się niespokojnie.
- Ened? Nie śpisz?         
   W mgnieniu oka była przy nim, podtrzymując jego głowę na swoich kolanach.
- Jestem tu, Cicero.
- Je… Jesteśmy na powierzchni?- Zapytał z widocznym wysiłkiem.
- Nie, Cicero. Jeszcze nie- Ened zagryzła wargi, żeby się nie rozpłakać-Cicero?
- Tak, dziecino?
- Za… zabiłam swoją przyjaciółkę. Chciałam ci tylko powiedzieć, że…że dokonałam wyboru… i...
- Ened, dziecinko… Pamiętasz taką piosenkę? Te słowa… Love’s not a victory march…?         
   Enedtinco kiwnęła głową, z oczu pociekły jej łzy, wstydziła się ich strasznie.
- Nie wstydź się, dziecinko… Ened, cokolwiek się stanie, nie wstydź się siebie, swoich czynów, swoich słów. Bo teraz, właśnie teraz, wszystko już dzieje się samo. W imię prawdy, w imię wolności. A miłość, przyjaźń… To wszystko, za co kiedyś walczono, kiedyś, gdy jeszcze takie słowa istniały… One nigdy nie zwyciężały. Nie zwyciężały, jak należy. Uwierz mi, Ened. Wszystko już się dokonało. Dokonało się w tobie…!         
   Enedtinco wtuliła głowę w ramiona, bez namysłu tuląc twarz Cicero do swojej, płacząc z ulgą.
- Płacz, dziewczyno. Płacz, póki jeszcze możesz- powiedział łagodnie Cicero.  
 
 * 

   Karaima odetchnęła z ulgą, zdejmując ciężki hełm. Po twarzy spływały jej kropelki potu.
- Karaima…- uśmiechnęła się na dźwięk tego głosu.
- Matthieu- powiedziała półgłosem, czując ramię obejmujące jej talię- Matthieu „Force”…
- Udało nam się, Leone, jesteśmy niemalże u celu.
- Zostało nam jeszcze jedno.          
   Matthieu znieruchomiał, słysząc, jak jej głos lodowacieje, staje się ostry, bezwzględny.
- Leone, mieliśmy spróbować to ominąć. Przynajmniej teraz.
- Nie, „Force”- odcięła się Karaima, odrzucając na plecy swoje długie, miodowozłote włosy- Nie możemy iść na żaden kompromis.
- Sama wiesz…
- Wiem!- Krzyknęła. Matthieu wciąż patrzył jej w oczy, świdrował ją wzrokiem, a ona, pokonana, opuściła głowę- Wiem. Wiem, że nadejdzie czas kompromisów. Ale jeszcze nie nadszedł. Wciąż możemy sobie pozwolić na radykalne posunięcia.          
   Matthieu milczał, uniósł rękę i pogładził Karaimę po policzku.
- Tak daleko zaszliśmy- szepnął- Tyle zrobił. Dla nas. Bez niego…
- Matthieu, przerabialiśmy to już- powiedziała miękko Karaima Leone, oglądając się za siebie- Cicero musi zginąć.          
   Ened zamarła słysząc słowa Karaimy, wypowiedziane zbyt głośno, zbyt nieostrożnie. Enedtinco poczuł strużkę zimnego potu pełznącą po karku. Cicero wisiał na jej ramieniu, majacząc i bełkocząc, charcząc i kaszląc na przemian.
- I Larhensen nie może o tym wiedzieć. To powinno przypominać…
- Wypadek, wiem.
- Pamiętaj, „Force”. Ani słowa. Idziemy dalej.          
   Enedtinco odczekała chwilę, nasłuchując. Potem ponownie złapała Cicero, przytroczyła mu swój hełm do paska u spodni i powlokła się za odgłosem kroków Karaimy i Matthieu.

skomentuj (2)