2008-09-25 13:25:31 >> 11. * Carnivean, Oeillet i Astaret stali, w milczeniu składając hołd partyzantom. Przeforsowanie włazu, tak szybkie i sprawne, zasiało ziarno wątpliwości, zrodziło myśl. - A jeśli to my jesteśmy po złej stronie?- Podniósł się głos nad grupą żołnierzy. - Zamknij się- wymamrotał któryś z żołnierzy, zdejmując hełm. Reszta oddziału postąpiła tak samo. Uhonorowali zdrajców minutą ciszy. * Pułkownik Neyla Werring nie mogła znaleźć sobie miejsca. Krążyła po swoim ciasnym biurze jak zostawiony przez właściciela pies. Raz po raz podnosiła słuchawkę telefonu, chcąc do kogoś dzwonić, ale zaraz ją odkładała. W kółko przeglądała te same dokumenty, kręcąc głową. Po chwili rzucała teczki na biurko, bo treść dokumentów znała już właściwie na pamięć. Zadzwonił telefon, a Neyla Werring podskoczyła przestraszona. Serce waliło jej jak młotem, telefon dalej terkotał, a ona wciąż nie mogła go odebrać. W końcu, drżącą ręką podniosła słuchawkę. - Pułkownik Werring, słucham. - Mamy ich, pani pułkownik. Neyla Werring ze świstem wypuściła powietrze. Opanowała się jednak błyskawiczne. - Dobra robota- nerwowo przełknęła ślinę- Wprowadźcie ich. Niemal jednocześnie z chwilą, gdy pułkownik odebrała telefon, wszedł jakiś kapral, niosąc dwie teczki z naklejonymi na nich zdjęciami. Neyla Werring zaklęła w duchu. Zdjęcia naklejano na teczki, gdy poszukiwany umierał. Teczki przynoszono do niej, gdy sprawę podejrzanych uznawano za zakończoną. Po odłożeniu słuchawki wzięła głęboki oddech i sięgnęła po teczki. Zamarła. Były na nich zdjęcia Enedtinco Larhensen i Cicero. Strażnik wszedł bez pukania, prowadząc Karaimę Leone i Matthieu „Force” Bernharda. Pułkownik Neyla Werring opanowała się błyskawicznie, tłumiąc wewnętrzne drgawki rozpaczy. - Leone i Bernhard- powiedziała kpiąco- Czyżbyśmy złapali nie tych, co trzeba? Karaima uśmiechnęła się paskudnie. - To zależy od punktu widzenia, pani pułkownik. Neyla Werring przeniosła wzrok na Bernharda, zauważając, że ten wpatruje się intensywnie w zdjęcie Enedtinco. - Wiecie coś o tym? – Spytała pułkownik, podnosząc obie teczki jedną ręką. Karaima Leone odchyliła się w krześle- na tyle, na ile pozwoliły jej skute za plecami ręce- mrużąc oczy. - Cicero i Enedtinco Larhensen. Nosiciele- powiedziała krótko- I nie żyją. Neyla Werring uniosła brew. - Ach…? Karaima przygryzła wargę. - Któż ich posłał na śmierć? I skąd ty miałabyś o tym wiedzieć, hm? Matthieu szarpnął się. - Ty dziwko- wysyczał- Przecież ty i tak już wszystko wiesz! Pułkownik, ku własnemu zaskoczeniu, panowała nad sobą całkowicie. Uśmiechnęła się paskudnie. Pokręciła głową. Karaima przymknęła oczy. - Borrath wszystko ci już powiedział- mówiła cicho i szybko- Wszystko, co wiedział. - A więc czego nie wiedział, Leone? Skoro już o tym wspomniałaś, rozumiem, że powinnam o tym wiedzieć. Karaima Leone przygryzła wargę. Matthieu szarpnął się niespokojnie, próbując spojrzeć Karaimie w oczy, odgadnąć jej zamiary. Pułkownik Neyla Werring patrzyła prze chwilę na więźniów, cmoknęła z niezadowoleniem, wreszcie odchyliła się i splotła dłonie na podołku. - Do rzeczy, zatem…- wycedziła- Po co wam była szeregowiec Enedtinco Larhensen? Karaima Leone wzruszyła ramionami. - To był pomysł Cicero. - Jak wszystkie pomysły- ucięła pułkownik- Bo on był przywódcą. Tyle to i ja wiem. Ale nic już z niego nie wyduszę, bo jak słusznie zauważyłaś, Leone, on nie żyje. Podejrzewam, że to wszystko dzięki tobie. Karaima zagryzła wargi. Matthieu odchrząknął. - To nie jej szukaliśmy- odparł po chwili. Karaima Leone odwróciła głowę tak gwałtownie, że zachybotało się krzesło, na którym ją posadzono. - Co to ma znaczyć?- zmrużyła oczy. Pułkownik uśmiechała się kpiąco, choć w środku kipiała z ciekawości. - Sama mi to powiedziała. Jeszcze zanim… - Co ci powiedziała?- Nie wytrzymała Karaima. * Matthieu otworzył oczy i sięgnął z jękiem po papierosa. - To znaczy? - Szukaliście mojej matki. Albo mojej bliźniaczej siostry. - Słucham? To brzmi jak kiepski film, Ened- parsknął Matthieu, ale powstrzymał się, widząc jej minę. - Moja siostra umarła tuż po porodzie- Ened przygryzła wargę- Dobrze wiesz, że wtedy z lekarstwami było ciężko, moja matka rodziła w schronie, gdzie ukryli się z ojcem, w jakiś strasznych warunkach. Pomoc nie dotarła na czas, bo łączność była fatalna. Mama umarła niedługo potem, zostałam sama z ojcem, Podobno miałam nazywać się inaczej, ale po śmierci mamy, tata nazwał mnie po niej. - Ona była Nosicielką? Ened kiwnęła głową, sięgnęła po papierosa. - Ojciec mi opowiadał, że wiedziała o istnieniu jakiejś przepowiedni. I że mama wiedziała o tym, że zawiodła. Podobno, gdy umierała, powiedziała, że tylko tyle mogła zrobić. Matthieu milczał, głaszcząc Ened po policzku. Dziewczyna odsunęła się od niego. - Powiesz mu?- Nie uwierzy. Cisza dzwoniła w uszach. - Przecież też jesteś Nosicielką… Enedtinco spojrzała na niego i pokręciła głową. - W niewielkim stopniu. Dlatego tak łatwo było mi to ukryć. Matthieu nie wytrzymał, parsknął z niedowierzaniem. - Oto rozwiązanie waszej zagadki. Jesteście w martwym punkcie, w ślepym zaułku. A wycofanie się już nic wam nie da. * Karaima zagryzła wargi, zmrużyła wściekle powieki. - I nic mi nie powiedziałeś, ty… Matthieu ze spokojem przerwał jej, zanim obsypała go stekiem wyzwisk. - To by nic nie zmieniło, Karaimo. Dziewczyna splunęła. Pułkownik Neyla Werring siedziała nieruchomo, nie drgnęła jej nawet powieka. - „Force” ma rację, Leone. Nic by to nie zmieniło. Larhensen powiedziała to za późno. Zrobiła to albo z zemsty na was, albo dlatego, że nigdy nie zdradziła Federacji Wolnych Miast. To była jedyna droga, jaką mogła pójść. Chciałabym w to wierzyć. - I tak nie żyje- skomentowała cierpko Karaima. - Ale pamięć po niej nie zginie. To jej postawią pomnik, nie wam. Na was mam wyrok śmierci, choć oczywiście staniecie przed sądem. Odpowiecie za morderstwo żołnierzy formacji Quito. Matthieu „Force” Bernhard odetchnął głęboko. Wyglądał, jakby zrzucił z siebie ogromny, przytłaczający ciężar. Karaima Leone strzelała oczami, ale była bezsilna, absolutnie bezsilnie. I to właśnie doprowadzało ją do furii. Do pomieszczenia weszli strażnicy, brutalnie zmusili więźniów do powstania i wyprowadzili ich. Pułkownik Neyla Werring westchnęła ciężko i chwyciła słuchawkę telefonu. - Proszę mnie połączyć z biurem generała Vaastena Hannardta. * Miesiąc później, o świcie, stracono Matthieu „Force” Bernharda i Karaimę Leone. Ich szczątki spoczęły w anonimowych grobach więźniów politycznych. Podczas zwołanego w Avie Kongresu, który odbył się kilka dni po śmierci Larhensen, Cicera i tylu innych żołnierzy, dokonano uroczystej rehabilitacji Enedtinco i, na prośbę awansowanej właśnie Neyli Werring, Vincenta Borratha. Wystawiono im pomnik przed siedzibą Kongresu w Avie. Pamięć o zamieszkach przetrwała wśród niedobitków partyzantek nacjonalistycznych, wśród przyjaciół Ened, Borratha, ale też Vernine La Strra, która także zginęła śmiercią bohaterską z rąk przyjaciółki- buntowniczki lub szpiega z własnego oddziału. Późniejsza generał Neyla Werring zajść nie komentowała, nawet jej zaufana eskorta, Astaret, Oeillet i Carnivean nie znali prawdy. Nie mogli wiedzieć, że sama generał prawdy nie zna, a jej decyzja o interpretacji wydarzeń została błyskawicznie skonsultowana z generałem Hannardtem, który spreparowany już protokół przekazał władzom Federacji. grudzień 2007, Warszawa skomentuj (0) 2008-08-31 20:44:57 >> 10.
*
- Matthieu „Force” Bernhard…- pułkownik Neyla Werring zagryzła wargi, myśląc nad czymś intensywnie. Oeillet chrząknął znacząco, pułkownik podniosła głowę. Do pokoju wszedł ktoś ważny. - Generał Vaasten Hannardt- pułkownik zasalutowała, blednąc- I generał Irina Chaddard… - Pułkownik Neyla Werring-uśmiechnęła się generał Chaddard- Czyżby sytuacja wymknęła się spod kontroli? Wszak niedługo miała pani zostać mianowana… - Głównodowodzącą sił zbrojnych Avy- dokończyła Neyla Werring, nie spuszczając wzroku z generałów. Oeillet dyskretnie usunął się w kąt, stając na lekko rozstawionych nogach, przyjmując pozycję ochroniarza. - Byłaby pani, pułkowniku Werring, znakomitym generałem- odezwał się generał Vaasten Hannardt- Proszę mi zatem wyjaśnić, co się dzieje w Avie? Neyla Werring z sykiem wypuściła powietrze, ignorując kpiące spojrzenie Iriny Chaddard. Pstryknęła palcami na Oeilleta, który błyskawicznie uruchomił projektor, wyświetlający na ścianie wizerunki poszukiwanych. - Cicero…Karaima Leone… Matthieu „Force” Bernhard… Enedtinco Larhensen?- Irina Chaddard zmrużyła oczy- Czyżby…? - Tak, to ona…-powiedziała Neyla Werring półgłosem, nie odrywając wzroku od zdjęcia- Dziewczyna, którą przygarnęłam…Wyszkoliłam… Irina Chaddard cmoknęła z zaniepokojeniem. Miała demoniczną urodę- jasną cerę, czarne oczy i włosy, zgrabnie wykrojone usta. Czarny mundur sprawiał, że trudno było od niej oderwać wzrok- gibkie, zgrabne, idealnie proporcjonalne ciało… Biła od niej pewność siebie, stanowczość. Mówiono, że nie tylko na taką wyglądała, ale taka też była w rzeczywistości. Nieubłagana, ambitna, bezwzględna. - Zlikwidować. Bez komentarzy, bez ceregieli, procesów, przesłuchań. Zabić…- mówiła głosem ostrym i zimnym. Neyla Werring, wbrew sobie, przygryzła wargę. Irina Chaddard udawała, że nie widzi reakcji młodej pułkownik. - Wszystkich- dokończyła- Bez żadnych wyjątków. To mówiąc, wyszła. Generał Vaasten Hannardt westchnął ciężko. - Przykro mi, Neylo- powiedział cicho- Naprawdę nic innego nie możesz zrobić. - Vaasten, Larhensen jest nam potrzebna. Jest młoda. Łatwo ją zmanipulować… - Neylo, ona zdołała ukryć przed tobą, że jest Nosicielką!- Vaasten przymknął oczy. Był typowym mieszkańcem północy-jasny blondyn niebieskich oczach, tak wysoki, że przechodząc przez drzwi, musiał się lekko pochylić- Neylo, wierzę w ciebie. Pokładam w tobie zaufanie. Musisz wyciszyć tę sprawę. Wkrótce zbiera się Kongres, zostało nam zaledwie kilka dni. Neyla Werring zamrugała szybko. - Nie teraz, pani pułkownik- uśmiechnął się smutno Vaasten Hannardt-Jeszcze nie czas na łzy.
*
Matthieu przeciągnął się i sięgnął do kieszeni kurtki po papierosy. Ened wymruczała coś, nie otwierając oczu. - Hm?- Zaciągnął się lekko, gładząc wolną ręką miękki policzek dziewczyny. - Poczęstuj mnie papierosem. Palili w milczeniu, oparci o wilgotną ścianę kanału, wsłuchani w chrapliwy oddech Cicero. - Trzeba będzie się go pozbyć- zaczął Matthieu niespodziewanie. Ened drgnęła, ale nie spojrzała na niego, zaciągnęła się lekko, z jakąś przedziwną gracją, której nie psuła skrzepnięta na jej dłoniach krew i brudna twarz. - Nie pozwolę wam na to. - Czyli… - Tak, słyszałam waszą wczorajszą rozmowę- ucięła Ened pogardliwie, wciąż nie patrząc na Matthieu. - Ened… - Twoje argumenty do mnie nie przemawiają, „Force”- warknęła- A wątpię byś od wczoraj wymyślił jakieś inne. Jeśli trzeba będzie, zostanę z nim. Do końca. Wstała, zgasiła papierosa podkutym obcasem. Potrząsnęła głową, odrzucając włosy z twarzy. Matthieu westchnął. - Twoje stanowisko niczego nie zmieni. - A twoje? – Zaśmiała się perfidnie Enedtinco, siadając znów obok niego- Twoje tylko zrujnuje to wszystko, nad czym on pracował od tylu lat. Matthieu nie odpowiedział. Jej słowa zabolały go mocniej, niż się spodziewał. Zacisnął usta, przymknął oczy. Ened patrzyła na niego, a złośliwy uśmieszek nie schodził jej z ust. - Wczoraj w nocy coś zrozumiałam- powiedziała. Jej głos nagle stał się łagodny, a ona sama sprawiała wrażenie bezbronnej, niewinnej i zagubionej. - Co takiego? - Że zostałam tylko dla niego. Byłam jego nadzieją… - Nic nie rozumiesz, Ened! Karaima znała cię przecież! Dobrze wiedziała, że jesteś Nosicielką! Dlaczego nie powiedziała tego Cicero? Niby po co jej to było? Ened zamrugała, patrząc na Matthieu ze zdziwieniem. -Co ty…?- Zaczęła, urywając wpół zdania. Zmarszczyła brwi- Tym bardziej z nim zostanę… -Ened, Karaima… Karaima nie chciała, żebyś, zgodnie z wcześniejszym życzeniem Cicero, objęła dowództwo. - Sama go chciała? - Nie. - A więc…? - To miałem być ja. Enedtinco przeczesała palcami włosy, papieros zgasł z sykiem, gdy zanurzyła go w kałuży. - Więc zostanę z nim. Zatrzymam ich-powiedziała głucho. - Ened, nie pozwolę na to! - Matthieu, nie masz prawa…! Umilkł, pochylając głowę. Potarł palcami powieki i ponownie spojrzał na Ened. Przeraziła się, widząc w jego oczach niemoc, i śmiertelne, bezbrzeżne znużenie. - Faktycznie, nie mam prawa, Ened- powiedział nagle. Enedtinco drgnęła- Kto wie… The destiny works in mysterious ways… Enedtinco potrząsnęła energicznie głową, wstała i podeszła do śpiącego niespokojnym snem Cicero. Odwróciła się jeszcze, trafiając na wzrok Matthieu. - Jednej rzeczy mi nie wyjaśniłeś- mówiła z wysiłkiem, jakby nie chciała, by Matthieu usłyszał, jak drży jej głos- Co cię łączyło z Karaimą? Matthieu westchnął ciężko i długo nie odpowiadał. - Po pierwsze, z Karaimą nadal wiele mnie łączy. Po drugie, łączy nas siła. Niszczycielska siła. Zbyt silny to związek, za bardzo związały się nasze losy, byśmy umieli coś stworzyć razem. - Ach- Ened zamrugała szybko. Matthieu, ku swej satysfakcji, dostrzegł błysk powstrzymanej łzy- To tak się to dziś nazywa. * Karaima zerwała się z prowizorycznego posłania. Leżący między nią a Enedtinco Matthieu otworzył oczy. - Wyglądasz fatalnie- szepnęła ciepło Karaima, z przedziwnym, pełnym uczuć uśmiechem. Matthieu chrząknął i podniósł się ostrożnie, nie chcąc zbudzić wtulonej w niego Ened. - Nawet to ci wybaczę, „Force”- zbliżyła się do niego i dotknęła dłonią jego policzka. - Idziemy?- Spytał zniecierpliwionym głosem Matthieu. Karaima skinęła głową, jej twarz momentalnie stężała, przybrała zwykły, zagadkowy wyraz. - Idziemy- odparła, sięgając po broń. Ruszyli kanałem, już mieli skręcić w którąś odnogę tego dwudziestowiecznego labiryntu, gdy Matthieu zawrócił, a na posłaniu Ened zostawił parę zapasowych magazynków. - To na szczęście- szepnął. W tym momencie powietrzem wstrząsnął wybuch. Enedtinco otworzyła oczy. Matthieu położył jej palec na ustach i przesłał w powietrzu pocałunek, po czym wstał i zaczął biec. Ened usiadła, ale wśród kurzu nie było widać znikających sylwetek Karaimy Leone i Matthieu „Force” Bernharda. * Słali serię po serii, bezlitośnie przebijając się przez zawalony gruzem właz do kanałów. Wspomnienie martwej Vernine w prostej, wojskowej trumnie, honorowa warta przy jej surowym nagrobku już nie wywoływało łez bezsilności, jedynie zimną, metodyczną nienawiść. A myśl, że po drugiej stronie tej prowizorycznej barykady znajduje się zdrajca i morderca, elektryzowała, chłodziła rozpalone bólem dusze. * Cicero zacisnął zęby, grymas bólu na chwilę rozdarł jego szlachetną twarz przywódcy i parsknął nagle jakimś dziwnym rechotem, przypominającym suche łkanie. - Ened- powiedział z wyraźnym już wysiłkiem- Boisz się. - Nie- odparła po chwili, patrząc w górę, skąd dochodził huk- Nie, Cicero, nigdy. Cicero uśmiechnął się lekko, wyciągnął drżącą dłoń i dotknął policzka dziewczyny. Ona przymknęła oczy, przywierając nagle do ciepłej i delikatnej ręki. Ziemią wstrząsnął kolejny wybuch, ze ścian kanałów sypnęło pyłem. Cicero pogładził karabin, znów zacisnął zęby. Rana dokuczała mu coraz bardziej. - Idą. - Aha- mruknęła Ened nieuważnie, wiążąc ciasno włosy. Huk rozsadzanego i ostrzeliwanego włazu. Kurz i dym. - Ened?- Głos Cicera ginął w hałasie- Pocałuj mnie. I Enedtinco, sama się sobie dziwiąc, nagle odsuwając wszelkie wątpliwości, nachyliła się ku niemu. Pocałunku nie przerwał kolejny wybuch. - Nawet nie wiesz, Ened- mruknął Cicero- Jak bardzo cię pokochałem. Dziewczyna pokręciła głową. Powiedziała coś, ale jej słowa zagłuszyła seria z karabinów. Cicero pokiwał głową, był szczęśliwy. Ucałował dłoń Ened i poprawił kołnierz swojej kurtki. - Za miłość, Ened- dziewczyna pokiwała głową i zapaliła dwa papierosy, jeden włożyła w usta Cicera. - I za wolność, Cicero. Kurz. Pył, upadający ze ścian, huk, syk wody, brunatny dym. Oddziały Quito w nienagannym szyku zeszły wreszcie do kanałów. Wydawało im się, że walczą z kilkunasto-osobowym oddziałem, lecz gdy pył opadł i ustał huk wystrzałów, niesiony echem po kanałach, z przerażeniem, podziwem i ulgą ujrzeli dwa ciała, porozrywane pociskami. Twarze wykrzywiały cyniczne uśmiechy, w kącikach ust wciąż tliły się papierosy. Głowa Ened spoczęła na ramieniu Cicera. skomentuj (0) 2008-07-01 17:57:13 >> 9.
*
Cicero leżał, ciężko dysząc. Karaima zaklęła w duchu, odwracając wzrok. Nie przyznawała się do tego, nawet sama przed sobą, ale bała się śmiertelnie. Wiedziała, że jej przywódcę czeka śmierć, paskudna śmierć z wycieńczenia i upływu krwi. Zastanawiała się, czy nie skrócić jego agonii jednym celnym strzałem w skroń. Wiedziała też, że po Cicero to ona przejmie przywództwo. A tego bała się jeszcze bardziej. Obcy był jej idealizm Cicero, ona była człowiekiem czynu, żołnierzem i szpiegiem, Nosicielką, która wykonywała cudze rozkazy, ponieważ w nie wierzyła. Znała swoje możliwości intelektualne, ale nigdy nie otrzymała edukacji wyższej ponad to, czego nauczyło ją wojsko, ośrodki szkoleniowe dla Nosicieli i Cicero. To i tak było sporo, miała szerokie spojrzenie na obecną sytuację polityczno-społeczną i ekonomiczną. Ale była realistką, sceptycznie nastawioną do idealizmu, jaki reprezentował jej przywódca. Zdawała sobie sprawę, że rozsądniej będzie zawrzeć porozumienie z Federacją Wolnych Miast, miała też świadomość, że to porozumienie dla organizacji nacjonalistycznych będzie wielce niekorzystne, że pozwolą im na kultywowanie języków narodowych czy obchodzenie świąt niepodległości. I że, tak naprawdę, mało kto do nich dołączy. Tradycja już dawno przestała być atrakcyjnym hasłem, skoro musiała się równać z wyrzeczeniami i poświęceniem. - Karaima? – Głos Ened odbił się echem w labiryncie kanałów. - Tu!- Syknęła, zapalając flarę, by nie dali się zmylić pogłosowi rur. Wyglądali upiornie w zimnym świetle flar-brudni i spoceni. Karaima uśmiechnęła się. - Wyglądacie jak rasowa partyzantka- parsknęli śmiechem w odpowiedzi. Ened usiadła na ziemi i wydobyła zza pazuchy kilka zawiniątek. - Mamy trochę żarcia. Zwinęłam po drodze. Karaima wytrzeszczyła oczy. - Tak, to są zapasy żywnościowe oddziałów Walczących. Matthieu złowił spojrzenie Karaimy i potrząsnął głową z pewnym rozbawieniem. - Ened natknęła się po drodze na starą znajomą. No, a potem… - Ścigali was- dokończyła Karaima, żując suszone mięso- Ilu zabiliście? Enedtinco wzruszyła ramiona i odgarnęła włosy z twarzy, wiążąc je w ciasny węzeł. -Kilkunastu. Nie mogliśmy zostawić świadków, nie? Karaima potrząsnęła głową, nie wierząc własnym uszom. - A broń? Matthieu rozchylił poły płaszcza, prezentując cały arsenał praktycznej, lekkiej broni. Ened zmrużyła oczy i uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, jaki wywołał Matthieu. - Szybko się uczę, Karaimo. Jak mogłaś o tym zapomnieć? Karaima skinęła głową, na znak, że pamięta. Cicero kaszlnął. Cała trójka podskoczyła. - Co z nim zrobimy?- Spytał Matthieu, jego głos wyrażał zaniepokojenie. - Jeszcze nie wiem. Na razie zjedzmy. Usiedli, podzielili dzienne racje dla każdego, uwzględniając Cicero. Po krótkiej naradzie zdecydowali się przespać na miejscu, niedługo, kilka godzin. Póki co, pościg był daleko. * Carnivean odwrócił wzrok i zapalił papierosa. Przed nim leżał Vince Borrath, rozsieczony mieczem. -Larhensen…-wydyszała, trzymając głowę komendanta w swoich dłoniach- Dopadnę cię, Larhensen… Usłyszeli kolejny krzyk. Astaret biegł, niosąc bezwładne ciało w ramionach. Ciało Vernine La Strra. Neyla Werring zmełła w ustach przekleństwo. Carnivean pochylił kędzierzawą głowę, patrząc w martwe oczy Vernine. Wzbierała w nim bezsilność. Widok niewstydzącego się własnych łez Astareta, niemal oszalałej z rozpaczy Neyli, a przede wszystkim martwej Vernine, był nie do zniesienia. Tylko Oeillet stał spokojnie, bawiąc się swoim mieczem i zaciągając się papierosem. - I co teraz?- Zapytał półgłosem Carnivean. - Czekamy na rozkazy- wzruszył ramionami Oeillet. - Tak po prostu? Vernine nie żyje! Komendant… - Carnivean, stary, co możesz innego zrobić?- Oeillet wyrzucił niedopałek, strzelając palcami- Jesteśmy pieprzonymi najemnikami. Nikt nas nie pyta o zdanie. Carnivean patrzył, jak przyjaciel podchodzi do krawędzi budynku, kuca i patrzy w dół. - Masz rację, Oeillet- szepnął- Masz rację. Pieprzony najemnik. I tyle.
*
W kanałach panowały zimno i smród. Cicero odetchnął ciężko, wypuszczając z ust kłąb pary i dymu z cygara. Zatupał, podskoczył, ale nadal czuł rozprzestrzeniający się po ciele, irytujący chłód. Enedtinco również się wzdrygnęła, ale bardziej z obrzydzenia niż z zimna. - Wybaczcie- powiedział chrapliwie Cicero. Karaima zignorowała go, popychając Ened i Matthieu ku labiryntom kanałów. Cicero powlókł się za nimi, rzężąc i kaszląc. Enedtinco zatrzymała się, i nie widząc, dlaczego właściwie to robi, podbiegła do słaniającego się mężczyzny, pozwalając mu wesprzeć się na jej ramieniu. Szli w wilgotnym mroku, klucząc w zimnych korytarzach. Po paru godzinach Cicero upadł po raz pierwszy. Ened otarła pot z czoła i dźwignęła mężczyznę, nie bez wysiłku. Cicero zacharczał, ale wstał. Szli krócej niż godzinę, a on upadł ponownie. - Ened…- wyrzęził. Jego chrapliwy oddech odbijał się echem w kanałach- Ja dalej… - Szybciej tam!- Ostry głos Karaimy rozdarł ciszę. Enedtinco wstała Enedtinco podeszła do kobiety. - Zostanę tu z nim- powiedziała stanowczo- Jeśli musimy go zostawić, to ja… Ja z nim zostanę. Oczy Karaimy błysnęły. - Wiedziałam, że odwagi i brawury ci nie brakuje- odparła, niespodziewanie łagodnie- Ale, że jesteś szalona, to się nie spodziewałam. - Jeśli stracimy ciebie, stracimy wszystko- powiedział Cicero z wysiłkiem, siadając. Matthieu nie odezwał się, choć Ened posłała mu błagalne spojrzenie. Karaima stała nieruchomo, na szeroko rozstawionych nogach, nasłuchując. W kanałach panowała martwa cisza. Westchnęła, odgarniając włosy z twarzy. - Możemy tu zostać na jakiś czas- powiedziała Karaima w końcu, z rezygnacją w głosie.
*
Enedtinco obudziła się, tłumiąc własny krzyk. W kanałach było tak cicho, że słyszała swój przyspieszony, płytki oddech, odbijający się echem w rurach. Cicero zacharczał i poruszył się niespokojnie. - Ened? Nie śpisz? W mgnieniu oka była przy nim, podtrzymując jego głowę na swoich kolanach. - Jestem tu, Cicero. - Je… Jesteśmy na powierzchni?- Zapytał z widocznym wysiłkiem. - Nie, Cicero. Jeszcze nie- Ened zagryzła wargi, żeby się nie rozpłakać-Cicero? - Tak, dziecino? - Za… zabiłam swoją przyjaciółkę. Chciałam ci tylko powiedzieć, że…że dokonałam wyboru… i... - Ened, dziecinko… Pamiętasz taką piosenkę? Te słowa… Love’s not a victory march…? Enedtinco kiwnęła głową, z oczu pociekły jej łzy, wstydziła się ich strasznie. - Nie wstydź się, dziecinko… Ened, cokolwiek się stanie, nie wstydź się siebie, swoich czynów, swoich słów. Bo teraz, właśnie teraz, wszystko już dzieje się samo. W imię prawdy, w imię wolności. A miłość, przyjaźń… To wszystko, za co kiedyś walczono, kiedyś, gdy jeszcze takie słowa istniały… One nigdy nie zwyciężały. Nie zwyciężały, jak należy. Uwierz mi, Ened. Wszystko już się dokonało. Dokonało się w tobie…! Enedtinco wtuliła głowę w ramiona, bez namysłu tuląc twarz Cicero do swojej, płacząc z ulgą. - Płacz, dziewczyno. Płacz, póki jeszcze możesz- powiedział łagodnie Cicero.
*
Karaima odetchnęła z ulgą, zdejmując ciężki hełm. Po twarzy spływały jej kropelki potu. - Karaima…- uśmiechnęła się na dźwięk tego głosu. - Matthieu- powiedziała półgłosem, czując ramię obejmujące jej talię- Matthieu „Force”… - Udało nam się, Leone, jesteśmy niemalże u celu. - Zostało nam jeszcze jedno. Matthieu znieruchomiał, słysząc, jak jej głos lodowacieje, staje się ostry, bezwzględny. - Leone, mieliśmy spróbować to ominąć. Przynajmniej teraz. - Nie, „Force”- odcięła się Karaima, odrzucając na plecy swoje długie, miodowozłote włosy- Nie możemy iść na żaden kompromis. - Sama wiesz… - Wiem!- Krzyknęła. Matthieu wciąż patrzył jej w oczy, świdrował ją wzrokiem, a ona, pokonana, opuściła głowę- Wiem. Wiem, że nadejdzie czas kompromisów. Ale jeszcze nie nadszedł. Wciąż możemy sobie pozwolić na radykalne posunięcia. Matthieu milczał, uniósł rękę i pogładził Karaimę po policzku. - Tak daleko zaszliśmy- szepnął- Tyle zrobił. Dla nas. Bez niego… - Matthieu, przerabialiśmy to już- powiedziała miękko Karaima Leone, oglądając się za siebie- Cicero musi zginąć. Ened zamarła słysząc słowa Karaimy, wypowiedziane zbyt głośno, zbyt nieostrożnie. Enedtinco poczuł strużkę zimnego potu pełznącą po karku. Cicero wisiał na jej ramieniu, majacząc i bełkocząc, charcząc i kaszląc na przemian. - I Larhensen nie może o tym wiedzieć. To powinno przypominać… - Wypadek, wiem. - Pamiętaj, „Force”. Ani słowa. Idziemy dalej. Enedtinco odczekała chwilę, nasłuchując. Potem ponownie złapała Cicero, przytroczyła mu swój hełm do paska u spodni i powlokła się za odgłosem kroków Karaimy i Matthieu. skomentuj (2) 2008-06-15 19:45:44 >> 8.
*
Karaima dyszała, jej piękne, miodowozłote włosy opadały zakurzoną zasłoną na twarz. Potknęła się, krzyknęła cienko, krótko. Vince Borrath złapał ją w talii i zakrył dłonią usta. Uciekinierzy zamarli. Ened zmrużyła oczy, zadarła głowę. Matthieu, będący na przedzie, syknął ponaglająco. Cicero machnął na niego dłonią, wpatrzony w Enedtinco, wyprężoną, nasłuchującą. - Jesteś pewien, że to oddział Volta, Vince?- Spytała złowróżbnym przenikliwym szeptem. Vince Borrath zacisnął ramię na talii Karaimy, ta wydała zduszony okrzyk przerażenia. Cicero poczuł lodowaty pot spływający cienką strużką po karku. Ened uśmiechnęła się paskudnie, kącikami ust, jej oczy błysnęły. - Dźwięk tych podkutych skórzanych butów- to mówiąc, klepnęła się w łydkę- Poznam go wszędzie. Karaima znów krzyknęła, Borrath jeszcze mocniej zacisnął dłoń na jej twarzy. Szarpnęła się, a komendant kaszlnął nerwowo. - Ja ją pokochałem, Cicero- wykrztusił wreszcie- A miłość… Tylko Matthieu zauważył, że Ened nagle dobyła miecza. Wrzasnął cienko, ale Borrath już leżał, dygocąc, obok krztuszącej się Karaimy. Cicero podniósł dłoń i w tym momencie oślepiło ich światło. - To oddziały Quito- warknęła Ened. Ale było za późno. Oddział oddał ostrzegawczą salwę i rozpoczął ostrzał. Cicero jęknął, złapał się ramię. Ened zaklęła, podniosła jedną ręką Karaimę, popchnęła ją naprzód. - Biegnij!- Krzyknęła. Karaima, wciąż na trzęsących się nogach, zaczęła rozpaczliwy bieg. - Cicero- Ened uklękła przy nim. - Oberwałem- powiedział krótko, a Enedtinco nie mogła zrozumieć, dlaczego w jego słowach nie ma patosu. - Trudno. Biegniemy. Musimy. Do kanałów! Cicero jęknął rozdzierająco, ale podniósł się. Schyleni wpół, kryjąc się za każdym rogiem, biegli ku kanałom.
*
Pułkownik Neyla Werring zmełła w ustach przekleństwo. Vernine odjęła broń od twarzy i zdmuchnęła z oka kosmyk jasnych włosów. - Musimy się śpieszyć, pani pułkownik. Znając Leone, komendant już ma kłopoty. Neyla Werring skinęła głowa z roztargnieniem. Oddział Volta wymienił między sobą spojrzenia. - A jeśli to Ened… - To wtedy tym bardziej musimy ich ścigać!- Przerwała pułkownik, chodząc nerwowo w kółko. Astaret westchnął rozdzierająco, przecierając oczy. - Ja przede wszystkim potrzebuję snu- mruknął. Vernine spiorunowała go wzrokiem, ale ten tylko wzruszył ramionami. Carnivean syknął ostrzegawczo. -Widzicie?! Drobna postać przemykała dachami domów, zwinnie i lekko, jak kot. - Ened…-Vernine zmrużyła oczy- Zostawcie ją mnie. - La Strra? - Tak, pani pułkownik? - Bądź ze mną w stałym kontakcie radiowym. - Tak jest. - Ruszaj.
*
Karaima usiadła, rzężąc z wysiłku. Matthieu podał jej bez słowa butelkę z wodą. Cicero jęczał, zwinięty w kłębek, trzymając się wciąż za ramię. Na jego czole perliły się kropelki potu. -Ile jeszcze będziemy na nią czekać?- Warknęła Karaima ze zniecierpliwieniem. Matthieu wzruszył ramionami. -A jeśli obleciał ją strach? Jeśli stchórzyła i biegnie teraz do tych zasranych… -Dosyć, Karaima. Wystarczy- powiedział cicho, ale stanowczo Cicero- Już wystarczy. Karaima potrząsnęła niecierpliwie głową. - Pokaż mi to ramię, Cicero- powiedziała miękko, a Matthieu odetchnął, czując, że napięcie w grupie opada. Czekali już tylko na Ened, podczas gdy Karaima sprawnie, w milczeniu obandażowała ramię Cicera. - Milczysz, Karaimo- odezwał się w końcu Cicero, ze smutnym uśmiechem na ustach- Czy to znaczy, że jest aż tak źle? Karaima zarumieniła się i spuściła oczy. Cicero westchnął i zapalił papierosa.
*
Vernine La Strra zwinnie przeskoczyła wąski korytarz pomiędzy budynkami. Zaklęła, gdy zaczepiła obcasem buta o naderwany tynk. W ostatniej chwili uchyliła się przed strzałem. Upadła płasko na ziemię, chwyciła pistolet, odruchowo sprawdzając, czy jest załadowany. Przecież zawsze jest, skarciła się w duchu. - Vernine?- Usłyszała. Podniosła głowę, rozpoznając głos przyjaciółki. Enedtinco była blada, oczy jej błyszczały, jak w gorączce. - Ened? Co ci jest?- Podniosła się, podbiegła, ale zatrzymała się, widząc wyraz twarzy Enedtinco. - Przepraszam, Vernine- powiedziała. Vernine spojrzała przyjaciółce w oczy. Były pełne łez. - Przepraszam. Właśnie podjęłam decyzję. Rozległ się pojedynczy strzał. Vernine upadła. Pomiędzy oczami ciekła strużka krwi. Ened stała chwilę nad trupem, dziwiąc się własnym myślom. Wieczny odpoczynek, pomyślała mimowolnie, wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie… * Enedtinco skoczyła, niewiele myśląc. Nie myśli się, gdy ściga cię grad pocisków, wystrzelony przez doborowych strzelców oddziału Quito. Leciała długo. Na tyle długo, aby wyprężyć ciało, zwinąć się, wykonać salto i wylądować bezpiecznie i bezgłośnie na nisko ugiętych nogach. Odetchnęła z ulgą. Nie robiłam takich rzeczy od wieków, pomyślała, uśmiechając się nagle do samej siebie, kto wie, może to nawet ma sens? Rozejrzała się bacznie. Nie dostrzegła nikogo, ale słyszała krzyki. Wiedziała, że będą szukać jej ciała i że nie spoczną, póki jej nie odnajdą. Dokonała wyboru. Najwyższy czas na konsekwencje. Puściła się biegiem w labirynt uliczek, podwórek i bezpiecznych cieni bram. - Ened! - Matthieu!- Wypuściła ze świstem powietrze- Matthieu, całe szczęście..! Myślałam, że… Matthieu chwycił ją za ramiona, spojrzał jej głęboko w oczy i przygarnął ją nagle do siebie. W Enedtinco coś pękło. Łzy popłynęły same. - Matthieu…? Ja…- zająknęła się, rozważając, czy postąpi słusznie, jeśli mu powie- Ja…Zabiłam! Zabiłam Vernine! - Wiem, kochanie-powiedział bardzo cicho- Wiem. Nawet nie wiesz, jak dumny jestem z ciebie… I jak… szczęśliwy. Szczęśliwy, że zdecydowałaś się walczyć w słusznej sprawie. Ened aż się zachłysnęła, już chciała wywrzeszczeć mu twarz, jak absurdalne są jego słowa, jak bardzo się myli, jak to wszystko wygląda z racjonalnego punktu widzenia, ale zasłonił jej usta dłonią. - Cii… Cicho, Ened. Nie krzycz. Nie ma racjonalnego punktu widzenia, kochanie. Jest już tylko wojna, walka za ideały. A każdy ma swoje. I tylko dlatego stoimy po dwóch stronach barykady. A że ty stoisz wraz ze mną… To tylko kwestia twojego wyboru. Wyboru, którego konsekwencje właśnie ponosisz. Enedtinco pochyliła głowę, Matthieu zauważył, jak powstrzymuje drżenie warg. Gdy uniosła wzrok, była już opanowana. Opanowana i zdecydowana na wszystko. skomentuj (1) 2008-05-07 22:00:18 >> 7.
*
Cicero przeszedł korytarz, dostrzegł uchylone drzwi do pokoju Ened. Zrobił sobie kawę i zajrzał do pokoju dziewczyny. Nie było jej tam. Karaima wysunęła się zza drzwi jak cień. Wysunęła zaczepnie dolną szczękę i spojrzała Cicero prosto w oczy. Przeszedł go dreszcz. - Nie ma jej- powiedziała, złośliwy uśmieszek majaczył w kącikach warg. Cicero ze spokojem zapalił papierosa, przysłonił Karaimę chmura dymu. - Zauważyłem-powiedział niemal obojętnie- A gdzie jest? - U Matthieu- Karaima obserwowała Cicero uważnie. Mężczyźnie nie drgnęła nawet powieka. - Aha- odparł, popijając kawę. Zaległa cisza, przerywana spokojnym oddechem Karaimy, i westchnieniami Cicero, zaciągającego się leniwie dymem.
*
- Chcę ci powiedzieć, jak bardzo Cię cenię…- zanucił Matthieu, zapalając papierosa. - Chcę Ci powiedzieć, jak bardzo Cię podziwiam…- podchwyciła Enedtinco, ale po chwili urwała, podnosząc zdziwione oczy na Matthieu- Skąd to znasz? - Matka była stąd- powiedział wymijająco, sięgając po grzebień i przyglądając się sobie krytycznie w lustrze. - Stąd?- Ened nie dawała za wygraną. Matthieu przeczesał włosy, po czym westchnął ze zniecierpliwieniem i usiadł na posłaniu, naprzeciwko Ened. - Tak, była Polką. A mój ojciec był Francuzem- głos mu zadrżał. - Byli…? - Zginęli- odpowiedział nienaturalnie wysokim głosem- Ojciec za Luwr, a matka za Żelazową Wolę. Zaśmiał się nerwowo, oblizał wargi, nie patrzył na Ened. Jego spojrzenie stało się nieruchome, szklane… Enedtinco zacisnęła usta, sięgnęła po jego dłoń i mocno przytuliła ją do swojego policzka. - Mój ojciec… - Wiem, Ened, wiem- przerwał jej Matthieu, teraz nagle rozdrażniony- Wszystko wiem. A teraz, wyjdź. Proszę… Ened przeczesała włosy palcami i wyszła bezszelestnie, nawet nie zamykając za sobą drzwi.
*
Ened odetchnęła głęboko. Poczuła gorące łzy, spływające ciężkimi kroplami po policzkach, spadające na zniszczoną podłogę z linoleum. - Ened- usłyszała głos za plecami. - Cicero- wycedziła przez zęby- Podsłuchiwałeś, prawda…? - Owszem- przyznał bezwstydnie- Podsłuchiwałem. Enedtinco pociągnęła mimowolnie nosem. - Zazdrosny jestem o ciebie, ślicznotko- powiedział miękko, siadając na podłodze. Musnął łydkę dziewczyny dłonią- Usiądź obok mnie. Usłuchała, nie rozumiejąc, dlaczego. - A o co walczył twój ojciec, Ened? - O wolność- odparła bez namysłu- Zawsze o wolność. - Wszyscy walczymy o wolność, Ened. Dziewczyna westchnęła, odgarnęła włosy z mokrej od łez twarzy. - On walczył, żeby pomścić mamę- powiedziała wreszcie. - A mama? - Mama… Nawet jej nie znałam. Nic o niej nie wiem. A tata umarł, zanim skończyłam sześć lat. - Widzisz, Ened? Ty też jesteś ich ofiarą. Dlaczego nie pomścisz swoich krzywd? Dlaczego wciąż się wahasz? Dlaczego muszę cię tu trzymać siłą? Ened pokręciła głową. - Żadna zemsta nie przywróci tego, co było, Cicero… Cicero zamyślił się. Ened wstała powoli i powlokła się ku drzwiom kuchennym.
*
Karaima zadarła głowę, wystawiając ją przez wąskie okno kuchni. Zaklęła. - Cicero? Coś się dzieje! - To ja, Enedtinco. Karaima odwróciła się, spojrzała na dziewczynę, jakby jej nie poznając. - Zawołaj go- rzuciła tylko. Ened obróciła się, żeby krzyknąć, ale Cicero już był przy niej, oparty o framugę kuchennych drzwi. - Jestem, Karaima. Karaima odrzuciła złociste pasmo włosów z twarzy i nic nie mówiąc, wskazała na dachy sąsiednich domów. - Jasna… - Cicero!- Matthieu wpadł do pomieszczenia, zaraz za nim Vince Borrath. - Vince?- Powiedział półgłosem Cicero, nie odwracając się do nich. - Oddziały Volta- wyszeptał tylko Borrath, zerkając na Ened. - Co robimy? Cicero uniósł głowę, kąciki ust zadrgały mu lekko. - Na powierzchnię. I do kanałów. Enedtinco spojrzała na przywódcę, zaskoczona. - Ened? Będziemy potrzebowali twojej przepustki… - Ja ją mam- burknął niewyraźnie Matthieu, czerwieniąc się lekko. Karaima przewróciła oczami. - Szybko, nie ma czasu! A co z bazą? - Baza zapewne wiedziała. To zdrada, Karaima-powiedział szybko Borrath, nie pozwalając Cicero odpowiedzieć. Cicero ze świstem wypuścił powietrze. - Zmywamy się, dzieciaki- oświadczył błyskawicznie, żeby nie dopuścić do dyskusji- Zahaczymy tylko o magazyn. Bazie już na nic się nie przyda. Wybiegli, nie zamykając drzwi. skomentuj (0) 2008-04-21 16:41:17 >> 6.
*
Ocknęła się, czując tępy, pulsujący ból w głowie. - Leż- usłyszała. Serce podjechało jej do gardła. W pokoju było ciemno, a ona ledwo mogła się poruszyć. Na ścianie obok posłania widziała tańczący cień mężczyzny. - Matthieu? - Nie- usłyszała w odpowiedzi. Odetchnęła z ulgą. - Cicero?- Zapytała z nadzieją, niemal z pewnością usłyszenia odpowiedzi. - Nie. Poderwała się, ignorując zdrętwiały kark i obolałą głowę. - Komendant Borrath? - Dla ciebie Vince, dziecino- odparł, wyciągając ku niej rękę. Enedtinco usiadła z jego pomocą, ale zignorowała jego zaproszenie do stolika. Skuliła się, opierając się plecami o ścianę. Milczała, choć on coś mówił. Opowiadał o tym, że jej szukali, że nie mieli pewności… Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Dostrzegł oczy, połyskujące w słabym świetle elektrycznej lampki, dojrzał pojedyncze kanaliki łez na przybrudzonej twarzy. Westchnął. - Merde alors- mruknął- Lepiej pójdę po niego. Podniósł się ciężko, z wysiłkiem, Ened dostrzegła świeże blizny na jego rękach, i twarzy. Wzdrygnęła się. Gdy została sama, zaniosła się cichym, kojącym płaczem. * Kiedy Cicero wszedł do pokoju, Ened spała, zwinięta w kłębek na dmuchanym materacu, który miał jej służyć za posłanie. Mężczyzna uśmiechnął się melancholijnie, zapalił niedbale papierosa. Uklęknął przy dziewczynie i uległ pokusie pogładzenia jej po policzku. Nie obudziła się natychmiast. Ale gdy otworzyła oczy, dostrzegł z satysfakcją błysk w jej oczach. - Hallelujah, hallejujah…- zanucił tym swoim głębokim głosem, a Ened uśmiechnęła się smutno. - A więc, Cicero?- Zapytała, nie podnosząc się- To wszystko prawda? Cicero usiadł, zaciągnął się papierosem. - Prawda…- zawiesił głos, zupełnie jakby deklamował. Enedtinco zmrużyła oczy i przekrzywiła głowę. - A czymże jest prawda, Ened?- Zapytał, świdrując ją wzrokiem- Qu’est-ce que c’est la verite? Ened potrząsnęła głową. - Płakałaś?- Przysunął się do niej, wyciągnął dłoń i dotknął jej policzka. Dziewczyna znowu potrząsnęła głową, orzechowe loki rozsypały się po twarzy, odgarnęła je szybkim ruchem. Gdy podniosła wzrok na Cicero, mężczyzna zauważył, że ma oczy pełne łez. - Nie płacz- szepnął, przygarniając ją do siebie- Nie płacz, Ened. Zostań ze mną… - Cicero, ja… Pocałował ją. Ened aż się zachłysnęła, krzyknęła i odsunęła się prędko. Otarła usta i spojrzała na niego spode łba. - Nie zrozumiałeś mnie, Cicero. - Cóż- wzruszył ramionami obojętnie, choć oczy miał smutne- Zostaniesz, wiem o tym. Wstał i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Ened zwinęła się w kłębek i rozpłakała się na dobre.
*
Vernine wstała zwinnie, jednym susem, jak pantera, z furia podnosząc wibrująca słuchawkę telefonu. - Halo- warknęła, trąc oko. - La Strra? Vernine natychmiast wyprężyła się, heroicznym wysiłkiem odganiając resztki snu. - Tak jest. - Gdzie jest Larhensen? Vernine spochmurniała, zagryzła wargę. - Byłam przekonana, że została w koszarach, zważywszy śledztwo i przesłuchanie i… - Nie ma jej. Vernine odrzuciła warkocz na plecy i przełknęła przekleństwo. - La Strra? - Tak, słucham, pani pułkownik. - Cicero zniknął. Razem z Karaimą. Vernine syknęła. - Wasz oddział ma się stawić natychmiast w kwaterze głównej-powiedziała pułkownik Neyla Werring suchym głosem. I odłożyła słuchawkę. -Tak jest- mruknęła Vernine w przestrzeń. Westchnęła ciężko i poszła pod prysznic.
*
Enedtinco przeciągnęła się, aż chrupnęły jej kości. Była strasznie obolała, głowa pulsowała tępym bólem. Okno było odsłonięte, wychodziło na rozległe podwórze, porośnięte lichą trawą. W oddali majaczyły wieżowce, wrastające w kopułę wydrążonej jaskini, jaką była właściwa Ava. W szybach odbijały się neony i inne światła. Była noc. Wskazywał to elektryczny zegar na stoliku. Ened westchnęła i wstała ostrożnie. Drzwi pokoju były uchylone. Korytarz był szeroki, jak w starych kamienicach, w kształcie litery T. Ened poszukała dłonią ściany i zaczęła iść w ciemnościach. - Ened? Nie śpisz? - Matthieu- odgadła. - Bezbłędnie. Jak zawsze. Uśmiechnęła się, czując, że jego ramiona oplatają jej talię. -Chcesz?- Szepnął.- Nie powiem „nie”. Nie śpieszył się. Ujął jej dłoń, wprowadził do jakiegoś małego pokoiku, zgrzytnął klucz w zamku. Ened oddała mu się bez przykrości, bez wyrzutów sumienia. - Ened? - Jestem tu, Matthieu. Matthieu uniósł się na łokciach, patrząc w te świetliste oczy dziewczyny, której tak naprawdę nie znał.- Powiedz mi, że… - Nie- przerwała, choć nie wiedziała, o co chciał zapytać. Wiedziała, że nie odpowie „tak”. Nie tym razem. - Nawet nie wiesz… - Wiem- skłamała błyskawicznie Ened i odwróciła wzrok. Usiadła na łóżku. - Matthieu…? - Tak? - Jak odważny musiałeś być, żeby tu się znaleźć? - O co pytasz?- Matthieu zmrużył oczy i sięgnął po papierosa. - Czy byłbyś na tyle odważny, aby uciec?- Spytała, gwałtownie się odwracając. I, po namyśle, dodała- Ze mną? Matthieu przymknął oczy, delektując się dymem. Wyczuwał w tej dziewczynie coś nieokreślonego. - Sama tego nie zrobię. Nie zostanę tu- akcentowała każde zdanie, cedziła słowa w tak przedziwny sposób, że Matthieu miał ochotę ją uciszyć, znów posiąść, znów widzieć jej rozedrgane ciało, słyszeć jej nierówny oddech- A do Quito nie mogę wrócić… Matthieu w milczeniu skubał wargę, zaciągając się mocno. - Znajdą nas- powiedział, patrząc się na Ened. Nie drgnęła nawet. Westchnęła, gdy jej dotknął- Zobaczysz, że nas znajdą. A gdy… - Tak, wtedy właśnie, jeśli nas znajdą…- Ened przejechała językiem po zębach i uśmiechnęła się demonicznie- Zabiją nas… Matthieu usiadł i ujął Ened pod brodę. - Nie bój nic, księżniczko-szepnął i pocałował ją. * Vernine przywitała się z chłopakami skinieniem głowy. W milczeniu wsiedli do telepiącej się elektrycznej kolejki. - Kurwa mać- szepnął Carnivean, przeczesując palcami ciemne, krótko ostrzyżone loki- Że też musiała się wpakować w takie gówno…! - Pamiętacie…- zaczął Astaret, czyszcząc sobie paznokcie tępym scyzorykiem- Z kim miała się spotkać tego wieczoru, gdy porwał ją Cicero? Vernine pokręciła głową i przygryzła wargę. Oeillet w zamyśleniu bawił się przyciskami na hełmie. Carnivean zmrużył oczy i cmoknął powątpiewająco. - Matthieu- powiedział w zamyśleniu Astaret, wypuszczając kłąb dymu ze skręconego przed chwilą papierosa- Matthieu „Force” Bernhard. Vernine zacisnęła usta i spojrzała Astaretowi w oczy. Ten znów zaciągnął się leniwie, wyprostował nogi i oparł się plecami o szybę. Kolejka ze zgrzytem wzięła zakręt, podskoczyła niezgrabnie na zwrotnicy. - Dlaczego z nim? Astaret pokręcił głową i zgasił skręta na podeszwie swojego wysokiego wojskowego buta o wytartych podeszwach. - Poznała go w pociągu, jadąc do Tallina, jakiś czas temu- zaczął Astaret, z rozbawieniem obserwując reakcję Vernine- Oboje wiemy, że do Tallina wtedy nie dojechała-błysnął zębami w ironicznym uśmiechu- Po pierwsze… -W Tallinie były zamieszki- przerwała mu dziewczyna, kiwając energicznie jasną głową. Zebrane w warkocz włosy rozsypały się jak rzucone na wiatr kłosy zboża- Dlatego wróciła… Astaret znów się uśmiechnął. Vernine poczuła biegnące wzdłuż kręgosłupa dreszcze. Wzdrygnęła się. - To po pierwsze-przytaknął- Jeśli tak chcesz. Ale w pociągu był też Matthieu Bernhard… Carnivean zaniósł się rechotem. -No, to już wszystko wiemy-powiedział zgryźliwie. Vernine zmroziła go wzrokiem. -Nawet, jeśli cokolwiek między nimi zaszło… -Vernine, dziecino, pomyśl!- żachnął się Astaret, skręcając kolejnego papierosa- Matthieu był wtyczką! Nie sądzę, że śledził Ened… Mógł próbować ją odnaleźć po incydencie w pociągu. Ened była już wtedy w Quito. A dane o Walczących w oddziale Quito są ściśle tajne. Wszyscy o tym wiedzą. - Matthieu po prostu szybko zorientował się, kim jest Ened- wtrącił Carnivean- Mógł chcieć ją zwerbować… Ened przecież jest Nosicielką. Vernine pokręciła głową. - Odważę się stwierdzić, iż jest to nadinterpretacja- powiedziała kwaśno- Nie wydaje mi się, aby ona później go szukała, skoro uciekła z pociągu…gdzie ona wtedy wysiadła? - Zdaje się, że pojechała do Oslo… - Nieistotne- przerwał Astaret- Z kim mogłaby wtedy chcieć się spotkać? W nocy, na powierzchni? Vernine pokręciła głową. - Na pewno wszystko to jest jakoś powiązane… Tylko jak? skomentuj (0) 2008-04-05 19:49:44 >> 5.
*
Zgrzytnęła zapałka, rozbłysła żółtym płomieniem. Cicero jęknął, poczuł, że ktoś wsuwa mu papierosa w usta. Zaciągnął się łapczywie, zachłysnął się dymem. - Dobrze się czujesz?- Usłyszał przenikliwy, męski szept. Cicero odchrząknął, zauważył nagle, że ręce ma wyswobodzone. Drżącą dłonią chwycił papierosa. Drugą odepchnął się od krzesła. Wciąż było ciemno. - Kim jesteś? - Sprzymierzeńcem. Cicero wzruszył ramionami. - Kto cię przywołał. - Zdziwisz się. - No? - Karaima Leone. I Vince Borrath. Cicero uśmiechnął się, ciesząc się, że ów diaboliczny wyraz kryje mrok celi. - Wiedziałeś, że Vince wpadnie? - Owszem. - I nie sprawdził się jako szpieg, ponieważ… - Nie był w stanie wyciągnąć żadnych informacji od Werring. Zakochał się, gamoń. - Dlatego rozpocząłeś poszukiwania w formacji Quito. -Exactement. - Ale dlaczego Enedtinco Larhensen? Cicero nie odpowiedział. Mężczyzna milczał ze zrozumieniem. - Na mój sygnał- powiedział wreszcie. - Którędy? - Przez okno, czyli tak, jak wszedłem. Cicero westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem.
*
- Kiedy to było?- Syknęła Enedtinco- Tej nocy? Matthieu pokiwał w milczeniu głową. Enedtinco zaklęła. - Dlaczego mi to mówisz? - Ponieważ wiem, że masz wątpliwości. - Każdy je ma, Matthieu! - Ha! A kto ma jakie?- Wykrzyknął, łapiąc jej dłonie i zamykając je w swoich-Wiedzieć to… - Matthieu, kim ty jesteś?- Wyszeptała Ened. Chłopak drgnął. - Wyczuwam jakąś rozpacz w twoim głosie. I determinację. Ened odwróciła wzrok. - Enedtinco Larhensen… Jesteś tą Nosicielką, której szukał Cicero… Jesteś Nosicielką, a zarazem Walczącą… I jesteś wściekle zdolna, skoro zdołałaś to przed nim nawet ukryć…-Ened czuła, jak ogarnia ją lodowate przerażenie. Ale Matthieu wciąż mówił- Dwie osoby wiedzą. Vince Borrath… No i ja. Ened pochyliła głowę i poczuła płynące po policzkach gorące, słone łzy. - Ened… - Szepnął, przysuwając się do niej- Kochasz mnie? - To nie ma nic do rzeczy- warknęła Ened. Matthieu wyprostował się z kamiennym wyrazem twarzy. - Przykro mi, Ened, ale nie wysiądziesz na swojej stacji. Jedziesz ze mną. - Co to oznacza? - Przesiadkę.
*
- Spotkasz się z nim- oświadczył Matthieu, gdy wsiedli do ekspresowej kolei, wracając w kierunku Avy- Porozmawiasz. I przestaniesz mieć wątpliwości. Ened wzdrygnęła się, słysząc ten ton. Pociąg ruszył, szarpiąc wagonami i kolebiąc się na pnących się w podziemnych korytarzach serpentynach. - Zrobisz to- Powtórzył, a Ened usłyszała znajome kliknięcie i poczuła chłód stali przy skroni- Zrobisz. Przełknęła nerwowo ślinę. - Zrobię to, Matthieu. Obiecuję.
*
Szklana kopuła Avy zabłysła w oddali. - Karaima nas odbierze- oznajmił Matthieu, rzucając Enedtinco płaszcz. Ubrała się, niewiele myśląc o jakimkolwiek oporze. Było jej to obojętne. Pragnęła spotkania z Cicero, miała jakąś niewytłumaczalną potrzebę rozmowy z nim. - Bez numerów, Ened. Karaima zna twoje możliwości. Ened pokiwała głową i wyszła, przepuszczona w drzwiach przed Matthieu. Centralny dworzec Avy- ten podziemny, nigdy jej się nie podobał. Rozświetlony, jakby wojny nigdy nie było, optymistycznie nowoczesny.Wzdrygnęła się. - Poczekaj- Usłyszała szept. Matthieu rozejrzał się, dostrzegł smukłą sylwetkę Karaimy w czarnym płaszczu. Miała na sobie kapelusz, ocieniający twarz, czytała gazetę i ostentacyjnie paliła papierosa. Położył jej rękę na ramieniu i popchnął lekko do przodu, ku drzwiom. Karaima uniosła głowę, zgasiła papierosa na podeszwie buta i nie spuszczała z nich oczu, obserwując ich uważnie. - Nawet szybko poszło- powiedziała, zamiast powitania. Enedtinco nie skomentowała, odwróciła tylko wzrok. Karaima milczała chwilę, bacznie się jej przypatrując. -Ha- stwierdziła enigmatycznie i odepchnęła się nogą od ściany, o którą się opierała- Idziemy. No już! Ened ruszyła za nią, popchnięta przez Matthieu. * Matthieu prowadził ożywioną rozmowę z Karaimą po francusku. Ened niewiele rozumiała, była wściekła. - Et donc?- niemal krzyknęła w pewnym momencie Karaima, odrzucając złote włosy na plecy. - Quoi? Je croyais que… - Ca me n’interesse pas, Matthieu, qu’est-ce que t’a pense? Que Cicero... Enedtinco zastrzygła uszami, oczy jej błysnęły. - Dokąd idziemy? - Tais-toi!- Wyrwało się Karaimie. Ened skuliła się w sobie, instynktownie rozumiejąc. Karaima musiała to dostrzec i nagle uśmiechnęła się ciepło. - Przepraszam cię, dziecino-powiedziała cicho, pochylając głowę i przyspieszając kroku- To nie twoja wina. Miasto, rozjaśnione sztucznym światłem, tętniło życiem. - Kiedy zbiera się Kongres?- Zapytał nagle Matthieu, powracając do angielskiego. - Za tydzień- odparła kwaśno Karaima. Enedtinco doznała nagłego olśnienia, ledwo powstrzymała się od krzyku. Podbiegła, żeby nadążyć za Karaimą. - Prawie jesteśmy na miejscu- rzuciła przez ramię Karaima- Przepraszam was na chwilę. Wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy, otworzyła klapkę i wykręciła szybko numer, prawie nie patrząc na klawiaturę. Skinęła na Matthieu i pokazała mu, że muszą skręcić. Wylądowali w ciemnym zaułku-bramie jakiejś obskurnej kamienicy, budowanej widocznie tuż po wojnie, gdy nigdzie nie można było dostać materiałów i wykorzystywano gruzy. Matthieu odwrócił się i syknął. - Przepraszam cię, skarbie- szepnął i zawiązał oczy Enedtinco. Poczuła chłodny powiew klimatyzowanego pomieszczenia. Westchnęła lekko. Usłyszała jak Karaima klnie szeptem, usłyszała swoje imię w plątaninie obcych, niezrozumiałych słów. Nagle, potknęła się i uderzyła o coś głową. Straciła przytomność, osuwając się na podłogę. skomentuj (1) |
|
|||||||